 |
*config
$Q[doc.title.sub]='Upadłe miasto';
config*/ ?>
Upadłe miasto
Dworzec PKP. Architektura budynku w stylu polskiego dworku z poczekalnią ozdobioną jońskimi kolumnami kłóci się z brudem, smrodem, odpadającym tynkiem. Działa jedna zapyziała kasa, wokół kręcą się podejrzane typy.
Przed dworcem stanowiska PKS z jednym smrodzącym na niebiesko, rozlatującym się autosanem. Kilku młodzieniaszków o twarzach troglodytów idzie ławą i drze gęby. Przechodzące dziewczynki ustępują przerażone. Kosze na śmieci przepełnione, wokół obu dworców fruwają reklamówki, papiery, walają się blaszane puszki. Chwasty wybujałe na pół metra. Na szczycie obdartej kamienicy vis a vis PKP spod resztek farby wyziera wielki plan miasta z legendą i napis: Żyrardów.
Na narożnym skwerze cokół z jakąś postacią. Żadnej tablicy. Kto to? Zapytani nie wiedzą. Wokół pomnika opuszczone dzieciaki przerzucające się, jak starzy, kurwami. Ze sklepu wychodzi na czworakach pijak. Drugi - a raczej drugiego - prowadzi pordzewiały rower. Z przeciwka ciągną następni zamroczeni. Na pokruszonych schodkach z bezmyślnym spojrzeniem wysiadują nastolatki. Dwaj policjanci z okna przejeżdżającego radiowozu patrzą apatycznie, ale nic nie widzą. W spożywczym zapocone wędliny, kupujących brak. Barierki ochronne i łańcuchy błagają o kilka puszek farby. Na postoju taksówkarze próżno wypatrują klienta. Wreszcie jest i każe się wieźć do agencji towarzyskiej, ale najbliższa dopiero w Skierniewicach. - Co za miasto! - taksiarz
PLUJE NA DWA METRY.
Obowiązkowy McDonald's świeci pustkami. - Żeby tu przesiadywać trzeba trochę kasy, no nie? - ucina krótko dziewczyna w czapce z daszkiem. Za to w Biedronce ruch.
Lokal o nazwie Usługi Gastronomiczne składa się z zupełnie pustej części restauracyjno-dancingowo-weselnej i barowej z chlupiącym zupę konsumentem. W okienku naskładana sterta brudnych naczyń z przyschniętymi resztkami. WC zamknięte. Wydająca posiłki kobieta wręcza klucz do kibla i tymi samymi "ręcyma" liczy bilon. Mydła w ubikacji brak. Obok cen złotówkowych kwoty w unijnej walucie. Pomidorowa 0,69 euro, mielony 1,05, a marchewka zasmażana 0,42.
Dawniej rozciągały się tu lasy i łąki, własność hrabiów Łubieńskich. Któryś wpadł na pomysł, że skoro ziemie żyzne, a pańszczyźniany chłop i tak nawykły do roboty, to może warto len uprawiać, fabrykę postawić, bo rynek carskiej Rosji tylko czeka na tkaninę. Tak to bracia Tomasz, Jan i Henryk (dyrektor Banku Polskiego) wraz z Józefem Lubowidzkim (wiceprezesem tegoż banku) i Karolem Scholtzem (bankowym radcą handlowym) w 1829 r. założyli spółkę, a cztery lata później ruszyła pierwsza w Polsce fabryka wyrobów lnianych produkowanych na maszynach do czesania lnu skonstruowanych przez Filipa de Girarda, który został kierownikiem technicznym. Zanim tania polska siła robocza nauczyła się fachu, pierwszych tkaczy trzeba było ściągnąć z Czech. Od 1857 r. fabryka gwałtownie się rozwijała - kupili ją Karol Hielle i Karol Dittrich z Moraw. Wkrótce dziewięć oddziałów, czyli przędzalnia mechaniczna lnu, blicharnia, farbiarnia i apretownia, fabryka wyrobów pończoszniczych, przędzalnia wełny, przędzalnia bawełny, warsztaty mechaniczne, fabryczna gazownia i oddział budowlany złożyły się na największą i najnowocześniejszą tego typu fabrykę w Europie. Zatrudnienie wzrosło do 9 tys. osób. Oprócz Polaków i Czechów byli także Niemcy, Żydzi, Anglicy, Szkoci i Irlandczycy.
Fabryczna osada nad Pisią, prawym dopływem Bzury, przypomina projekcję historycznego filmu. Dziś przedszkole, a pierwej ochronka, którą otwierał uroczyście szach Persji. Przyjechał dostojnik podpisać do Żyrardowa wielkie umowy handlowe i uznano, że powinien dostąpić jakiegoś zaszczytu godnego swej korony.
Świątynia przy dawnym rynku, dzisiejszym placu Jana Pawła II, jest kopią, tyle że w trochę mniejszej skali, katedry w Bolonii. Wybudowana w pierwszych latach XX wieku
W CZYNIE ROBOTNICZYM.
Kilkunastokilometrowy "taśmociąg" ciągnący się od cegielni na plac budowy utworzono z robotników, którzy cegły podawali sobie z rąk do rąk.
Reprezentacyjny, secesyjny pałacyk Dittricha, obecnie siedziba Muzeum Mazowsza Zachodniego z "Panoramą żyrardowską" - malowidłem prezentowanym w 1899 r. na słynnej wystawie w Paryżu (tej samej, kiedy Francuzi pochwalili się wieżą Eiffla). W jednym z pokoi odtworzono typową izbę robotniczą z surowymi sprzętami. Najważniejszą rolę odgrywał tu chyba wielki budzik, który budził mieszkańców do kolejnego dnia harówy. Dalej pałacyk tyrolski zięcia Dittricha z altaną ogrodową, willa dyrektora fabryki, dawny kantor (tu robotnicy przychodzili po wymówienia), zespół willi dla kadry kierowniczej fabryki, resursa kupiecka, czyli elegancki dom kultury dla wyższych sfer, gdzie występowały teatry, orkiestry i głośne nazwiska operowe. Jednocześnie - Dom Ludowy Ludowiec, też przybytek kultury, ale już dla mas. Wozownia straży ogniowej, wielorodzinny familijniak sprzed 1867 r., szczególnie cenny zabytek, dawne domy robotnicze z zachowanymi w licznych miejscach komórkami na zapleczu i pozostałościami ogródków robotniczych oraz szpalery drzew, niemych świadków przeszłości. Domy robotnicze różniły się: te o wyższym standardzie zajmowali wykwalifikowani, lepiej opłacani robotnicy, a gorsze - najubożsi pracownicy. Godny uwagi jest budynek szpitala miejskiego z działającym kiedyś domem dla umysłowo chorych i kostnicą. I jeszcze stara szkoła powszechna, dom pomocy, hala sportowa, rzeźnia i cmentarze z kwaterami rzymskokatolickimi, ewangelickimi i prawosławnymi, cmentarz żydowski. Wspaniała, spójna całość architektoniczna. Nadal tonąca w obfitej zieleni. Tylko domy mieszkalne walą się ludziom na głowy.
Rozwój fabryk przynosił właścicielom krociowe zyski. Nawet złodziejskie komorne ustalili w obskurnych familijniakach pozbawionych elementarnych urządzeń sanitarnych. W izbie gnieździło się 6 - 8 osób, a zimą, gdy przybywało sublokatorów, nawet i kilkanaście. Przy maszynach wyzysk. Ponad 12-godzinny dzień ciężkiej pracy odbierał ludziom siły. Uposażenia były niskie, a zmniejszał je dodatkowo szeroko stosowany system kar. Dzieci w wieku 7 - 8 lat szły już do fabryki. 23 kwietnia 1883 wybuchł pierwszy strajk powszechny zainicjowany przez kobiety i dzieci. 5 dni i 3 zabitych, 4 robotników rannych. Władze carskie aresztowały 47 uczestników strajku. Około 100 usunięto z Żyrardowa. Ale robotnicy wywalczyli skrócenie dnia roboczego o jedną godzinę przy utrzymaniu dotychczasowych płac, zapłatę za dni strajku, zwolnienie okrutnych wyższych urzędników i utworzenie sklepów fabrycznych z tanimi towarami. Zaraz po strajku powstały w Żyrardowie kółka Proletariat i komórki partii lewicowych PPS i SDKPiL.
STRAJKI WYBUCHAŁY JESZCZE NIE RAZ,
a 4-dniowy strajk w czasie obchodów święta 1 Maja w 1891 r. objął 8 tys. robotników. Strajk w listopadzie 1905 r. doprowadził nawet do zamknięcia fabryki. Po I wojnie czerwony ruch robotniczy kwitł w Żyrardowie, a w 1924 r. w wyniku wyborów ukonstytuował się nawet zarząd miasta złożony z komunistów, co wywołało zamieszanie i wściekłość w kołach rządowych. Decyzją władz wojewódzkich rada miejska została zawieszona w czynnościach i wkrótce potem rozwiązana. Bezrobocie i nędza, głód i gruźlica prowokowały w 25-tysięcznym wówczas mieście kolejne wybuchy społecznych buntów. Chlubne karty zapisał żyrardowski ruch oporu w czasie niemieckiej okupacji.
Po II wojnie fabryki przejął skarb państwa dzieląc je na przedsiębiorstwa branży lekkiej: Żyrardowskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego, Żyrardowskie Zakłady Tkanin Technicznych, Żyrardowskie Zakłady Przemysłu Pończoszniczego Stella, Żyrardowskie Zakłady Odzieżowe Poldres. Potęga lniarska to już w Żyrardowie historia. Wielki kombinat lniarski w środku miasta, który pracował nawet w czasie okupacji, a w PRL dawał pracę tysiącom mieszkańców Żyrardowa i okolic, straszy pustką i powybijanymi oknami. Znajduje się w stanie upadłości. Syndyk wciąż urzęduje zmagając się z majątkiem niszczejącym z dnia na dzień. Złodzieje ukradli nawet miedziany dach ze starej przędzalni. "Przyjemnej pracy" - głosi napis nad wejściem do oddziału, gdzie decybele uniemożliwiały rozmowę majstra z robotnikiem. Wyblakłe hasło "Gospodarni mają więcej" choć malowane za komuny przecież i dziś jest oczywiste.
Tradycje lniarskie próbuje podtrzymywać powołana na zrębach dawnej działalności Fabryka Wyrobów Lnianych Żyrardów sp. z o.o. Obrusy lniane i wyroby żakardowe wciąż modne. - Przepracowałam w tym fachu 20 lat i widać wciąż jestem potrzebna, skoro tu stoję - mówi Danuta Andryka, tkaczka, którą reporter "TRYBUNY" zastał w huku maszyn na popołudniowej zmianie. Honor lniarskiego miasta ratuje też mała firma Lniane Tkaniny Żakardowe, działająca w upadłym kompleksie fabrycznym. Zrodzona na bazie Poldresu spółka Pomona Company Ltd. szyje uniformy dla wojska i produkuje chusteczki higieniczne. Jest jeszcze niewielki Żyrartex z tkaninami technicznymi, ale to już tylko nikłe echa dawnej sławy.
BEZROBOTNI WIĄŻĄ NADZIEJE
z nowymi inwestorami, którzy chcą zainstalować się w obiekcie dawnej wykończalni. Ruszą tu firma logistyczna, handlowa, hurtownia spożywcza, zakład przeróbki plastikowych opakowań oraz firma specjalizująca się w odzieży dżinsowej.
Leszek Miller? Ludzie wzruszają ramionami. - Wie pan, ludzie srodze się zawiedli, oj, zawiedli - opowiada emeryt na ławeczce. - Niby elektryk z Żyradowskich Zakładów Lniarskich, niby swój, a palcem nie kiwnął. O tak, jak był premierem-elektem to prędko tu zjechał, niby do tych swych korzeni, popędził na hale fabryczne, pofotografował się z kobietami przy krosnach, zęby szczerzył, obiecywał, że na powrót rozkwitniemy. Gdzie tam! Był potem jeszcze jako premier już urzędujący, rozmawiał z uczniami swej dawnej szkoły, przedefilował w dworskim orszaku przez centrum, ale do fabryki już nie miał odwagi zajrzeć.
Smutne oblicze Jana Maciejewskiego, kierownika Powiatowego Urzędu Pracy, mówi samo za siebie. - Nie przybywa nowych miejsc pracy, a na rynek wchodzą nowe roczniki - konstatuje. - Upadła Stella. Grupowe zwolnienia już się dokonały, bo co miało upaść, to upadło. Pracodawcy mają bardzo wyśrubowane wymagania wobec kandydatów do pracy, ale oferują im nader mizerne płace. Jeżeli ma to być robota w stolicy za 824 zł brutto, to po przeliczeniu, ile trzeba wydać na pociąg, autobus i metro, chętni rezygnują. I mało komu proponuje się zatrudnienie na czas nieokreślony. A taki Thomson, największy zakład, produkuje zrywami w zależności od zamówień, więc wynajmuje tylko czasowych pracowników, co wychodzi taniej. W pewien sposób cieszy to, iż bezrobocie nie wzrasta drastycznie. Na koniec czerwca mieliśmy zarejestrowanych 3026 bezrobotnych, o 20 więcej aniżeli w maju. To sporo, jeżeli odliczy się dzieci i starców.
Żyrardów, położony 45 km od Warszawy i 90 km od Łodzi, ma ośmiu inwestorów zagranicznych. Poprzemysłowe obszary czekają na zagospodarowanie. Francuski Thomson produkuje telewizory i sprzęt wideo zatrudniając 1500 osób. Spółka Rautaruukki Polska, przedstawiciel fińskiego koncernu metalurgicznego, wytwarza pokrycia dachowe. Siostrzana fińska Asva Stal Serwis dostarcza blachy m.in. dla koncernu Volvo. Polsko-niemiecka firma Stabar zajmuje się produkcją stalowych konstrukcji dla budownictwa przemysłowego. Przedsiębiorstwo Arlen z mieszanym kapitałem zagranicznym specjalizuje się w szyciu uniformów dla dużych odbiorców sieciowych w Polsce. Knauf Plastics dostarcza specjalistyczne opakowania dla przemysłu agd, rtv, spożywczego, farmaceutycznego oraz kształtki dla firm motoryzacyjnych. Belgijski Girard Dupont szyje konfekcję damską.
SPRYWATYZOWANY ŻYRARDOWSKI POLMOS,
którego właścicielem jest amerykański Phillips Millennium, produkuje najdroższą wódkę świata Belvedere. Nie sprawdził się czarny scenariusz, który przewidywał, że Amerykanie po to tylko kupili Polmos, żeby go zamknąć. W modernizację samej tylko kotłowni włożyli ponad milion dolarów. W sumie zagraniczne firmy zatrudniają ok. 2000 ludzi.
Dzieciarów na ulicach i po osiedlach mrowie. Lato w mieście. Prowadzone przez salezjan Stowarzyszenie Oratorium im. Św. Jana Bosko organizuje w lipcu 12-dniowe kolonie w Mikoszewie nad Bałtykiem za 850 zł i w Stegnie Gdańskiej za 800 zl. Kościelne półkolonie w mieście kosztują 120 zł, a za spływ kajakowy trzeba zapłacić 450 zł. Na osiedlu Wschód salezjanie organizują Święto Młodości, spotkania z piosenką biesiadną, kopią z chłopaczyskami piłę na przykościelnym boisku, prowadzą kiosk parafialny i kawiarnię U Pana Boga Za Piecem.
Mieszkańcy PRL-owskich bloków nie czują się tu jednak jak u Pana Boga za piecem. - To osiedlowa mordownia - żali się właściciel pieska upiększającego kupą wyłysiały trawnik. - Ludzi katują. Żyrardów to siedlisko zła, a bandyci czują się tutaj bezkarni. Niech pan lepiej się zabiera stąd. Okulary panu rozmiażdżą pod butem, ten aparat odbiorą i jeszcze lajpo panu zrobią. Dobrze radzę. To tutaj bydlaki z ulicy roztłukiwali płyty chodnikowe na głowie policjantowi i skakali mu po żebrach. Drugiego, któremu wyciągnęli pistolet, trzykrotnie postrzelili, ale szczęściem wylizał się z ran.
W tym miesiącu dwu - trzyosobowe grupki złodziei w biały dzień masowo wyrywają kobietom torebki. Niektórzy sprawcy pobili ofiary. Pięciu zwyrodnialców siedzi w areszcie. Reszcie się upiekło i dalej czyhają na zdobycz. Kilka dni temu czynny narkoman Jarosław H. przewrócił staruszkę na ulicy, wykręcił jej rękę i odebrał zegarek. Siedzi w pace. Notowany już Marcin P. wymachując nożem i grożąc zabiciem zażądał
400 ZŁ HARACZU
od właściciela stoiska handlowego na miejskim targowisku. Zbir zdemolował stoisko, wyrwał kupcowi radiomagnetofon z auta i dał dyla. Ale wpadł w ręce policji. Jeden z mieszkańców Żyrardowa wraz z kompanem mieszkającym w pobliskich Walerianach bawiąc u kolegi w wiosce Aleksandria na alkoholowej libacji pobił gospodarza tak dotkliwie, że ofiara zmarła. Ciało denata oprawcy wywlekli na drogę i porzucili jak ścierwo.
Od kilku lat w ściganiu przestępców pomocny okazuje się uliczny monitoring z 7 kamerami, a cztery następne czekają na zainstalowanie. Samorząd kupił straży miejskiej samochód patrolowy. Magistrat finansuje też niespodziewane naloty specjalnej interwencyjnej grupy policyjnej z Komendy Wojewódzkiej w Radomu, która czyści miasto z różnych mętów.
Zza obskurnych budynków wyłania się ogromny nowoczesny pałac lśniący zielonkawymi taflami - ZUS. Parę kroków dalej próbujący mu dorównać KRUS. Takie rozrzucanie publicznego grosza na urzędasów kłuje ludzi w oczy. Zwłaszcza że głód mieszkaniowy doskwiera. Towarzystwo Budownictwa Społecznego przez 2 lata oddało 200 mieszkań. Z finansową pomocą miasta osiedla budują spółdzielnie mieszkaniowe: jedna z 254 mieszkaniami, druga - ze 120 lokalami. TBS planuje też budować plomby i obiekty handlowo-usługowe z mieszkaniami na górze, bo takie projekty mogą liczyć na unijne środki.
Miasto jest dobrze zwodociągowane, w rzece za nowoczesną oczyszczalnią ścieków znów pojawiły się ryby, a wytwarzane w procesie oczyszczania wody ciepło i energia elektryczna wykorzystywane są przez spółki komunalne. Stacja uzdatniania wody daje wodę najlepszą na Mazowszu. Jednak ludzie z familijniaków dźwigają do mieszkań wiadra wody z ulicznych hydrantów. Na ul. 1 Maja straszy Turysta, hotel-widmo. W liszajowatej ruderze działa Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie. Sekretarka zastępuje dyrektorkę. Mówi o ubóstwie, bezrobociu, niepełnosprawnych i życiowej bezradności podopiecznych. W 2003 r. z różnych świadczeń skorzystało 3200 osób. Zasiłkami celowymi objęto 1900 żyrardowian. 423 osoby dożywiano, a większość z nich to dzieci. W rejestrze opieki społecznej widnieje 490 osób przewlekle chorych, 253 niepełne rodziny i 51 rodzin wielodzietnych (powyżej trójki dzieci).
Edward Stegienko w grudniu 2003 r.
POCHOWAŁ ŻONĘ
zmarłą na serce. Ma 52 lata i w krótkim czasie przeszedł trzy zawały, dwa w tym roku. - Cud, że przeżyłem, ale muszę żyć, bo zostałem z dziećmi. Darek ma dopiero 9 lat. Dzielny chłopiec nie opuszcza szkoły, dobry z matematyki. - Zostanę piłkarzem - zapewnia mały. Starsza o 2 lata Ewelina, chudziutka jak braciszek, cieszy się, że pojechali wspólnie na kolonie nad Bałtyk, dofinansowane przez organizacje pomocowe, więc ojciec zapłacił tylko po 50 zł. 19-letnia Izabela skończyła zawodówkę i chce teraz do zaocznego technikum handlowego. Złożyła ofertę do sklepu i czeka. Teraz pomaga babci na wsi łuskać bób. Żonaty syn (28) dojeżdża do pracy w warszawskiej firmie ochroniarskiej. - Renty nie mam, jak poskładam wszystkie zasiłki, to wychodzi 800 zł, a po opłaceniu świadczeń 400 zł zostaje mi na życie. Bieda piszczy. Rodzina dobra, to któregoś dzieciaka zabierze na weekend do siebie, a ze wsi podrzucą to mleka, to kartofli, jajek parę. Czwarty zawał? Nie wiem, co jutro przyniesie, ale nie piję przecież, nie palę, tylko te nerwy. Staram się o większe mieszkanie, ale i tak sufit muszę wyremontować, bo lada chwila spadnie nam na głowy. Stegienko z trojgiem pociech żyje w jednej izbie 4 na 4 metry. Już 20 lat. Kiedyś gnieździli się tu w sześcioro.
O wiele lepiej mieszka, za to równie biednie wegetuje Wiesława Olczakowa. Wyposażone ubogo M-4 daje schronienie 6-osobowej rodzinie. - Tylko mąż pracuje. Razem z rodzinnym i dodatkiem pielęgnacyjnym na mnie, bo ja choruję, przynosi 1560 zł - spowiada się Olczakowa. - Gmina dopłaca do mieszkania 220 zł. Same opłaty 600 zł. Córka Ela na trzyletnie dziecko dostaje z opieki 216 zł i raz na 3 miesiące wypłacają nam po 150 zł zasiłku. Zaczęła naukę w Wyższej Szkole Rozwoju Lokalnego, ale płacić trzeba. No, mamy taką wyższą szkołę na poziomie licencjatu, założoną przez Mazowieckie Towarzystwo Naukowe. Katarzyna? Poprzestała na maturze. Studia? A za co? Obiecali jej sprzątanie na ćwierć etatu. Agnieszka dopiero ma 12 lat. Porzeczki z koleżanką próbują sprzedawać znajomym z działki. O wakacjach czy nawet półkoloniach nie ma co marzyć. Nerwy mnie zjadają, więc coś mi tam przepisują na rejonie. Bez poprawy, ale na lekarzy w Warszawie i lepsze leki skąd ja wezmę?
Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że ponad 41-tysięczne miasto dzisiaj zdycha. Słowem odmienianym w Żyrardowie przez wszystkie przypadki jest
"REWITALIZACJA".
Chodzi o rewitalizację starej osady fabrycznej. Pomysłodawcy i realizatorzy tego przedsięwzięcia zapewniliby sobie wieczną sławę. Według najnowszych definicji, rewitalizacja to proces przemian przestrzennych, społecznych i ekonomicznych w zdegradowanych dzielnicach miasta, przyczyniający się do poprawy jakości życia mieszkańców, przywrócenia ładu przestrzennego oraz do ożywienia gospodarczego i odbudowy więzi społecznych. Prościej, chodzi o to, aby w trupa tchnąć życie. W lutym odbyła się nawet tutaj konferencja "Rewitalizacja - szanse i wyzwania w kontekście funduszy strukturalnych UE". W marcu rada miejska uchwaliła program rewitalizacji zabytkowego centrum, jedynego w Europie zachowanego zespołu urbanistyczno-architektonicznego miasta przemysłowego. 171 obiektów na 76 ha otoczonych jest ochroną konserwatorską. Mobilizującym przykładem jest Zagłębie Ruhry, gdzie w latach 1989 - 99 wpompowano 5 mld marek w przekształcenie i unowocześnienie podobnych pofabrycznych perełek. I tak, w ładnym obiekcie Resursy, dawnym domu kultury dla wyższych warstw żyrardowskiej społeczności, powstaną sala teatralna, galeria i hotel z restauracją.
Na Zachodzie rozkwita tzw. turystyka przemysłowa. Żyrardów z tą architektoniczną spuścizną upatruje szansy właśnie w takiej turystyce. Obsługa ruchu turystycznego to wiele nowych miejsc pracy dla ludzi bez specjalistycznych kwalifikacji. Miasto ma dobrą bazę rekreacyjną z halą, siłownią, boiskami, odkrytym basenem, kortami i bieżnią. Są 14-hektarowy sztuczny zbiornik, wokół 12 ha działek, teren ogrodzony, plaża, rowery wodne. Niedaleko stadnina koni państwa Sobieskich, którzy mają ambicje organizowania imprez kulturalnych. Miasto chce dobudować hotel i kryty basen. Zmodernizować tor kolarski. Żyrardów otoczony jest Bolimowskim Parkiem Krajobrazowym z wytyczonymi szlakami pieszymi. Jest koncepcja. Potrzeba czasu i pieniędzy. Plan rozpisany jest na etapy do 2020 r. Liczą na pomoc Unii. We wrześniu miasto weźmie udział w Europejskich Dniach Dziedzictwa pokazując "żyjącą" czerwoną cegłę, z której Żyrardów zbudowano.
Senator SLD Jolanta Popiołek przyjmuje interesantów 4 godziny w miesiącu, a lewicowy poseł Benedykt Suchecki tylko w poniedziałki. Interesanci wdrapują się na piętro secesyjnego gmachu, ale wielkie, pewnie jeszcze oryginalne drzwi zamknięte. Na dole ludzie czekają do dentysty, a w redakcji "Życia Żyrardowa", grzecznego, promagistrackiego tygodnika, nikt nie udziela informacji co do Biura Parlamentarno-Samorządowego SLD. W biurze Ligi Polskich Rodzin też można klamkę pocałować.
"Staram się być sumienny w wypełnianiu poszczególnych dni, ale naprawdę czasami zupełnie nic się nie dzieje. Tak jak dziś: wstałem koło 9.00 i nic nie robiłem do 15.00, a muszę przyznać, że mam już 26 lat, mieszkam z rodzicami i tak już pewnie zostanie" - czytamy na stronie internetowej życiowe wynurzenia niejakiego Mika Martinsa, pełne często realistycznie nakreślonych opisów alkoholowych debat. Chłopak o takim pseudonimie przekazuje wieści od młodych mieszkańców bloku przy ul. kpt. Pałaca 43 na osiedlu Teklin, chcących się dzielić z szerszą społecznością Internetu ważnymi wydarzeniami. "Marazm, w jaki wpadłem nie uszlachetniając swej duszy pracą, jest mocno obciążającym psychikę brzemieniem" - wyznaje Mik.
Żródło : Trybuna
|  | | |